Zapiski Mam

Mój wielki powrót

7 lutego 2015 • Autor:

W tym tygodniu nastąpił mój wielki powrót do pracy etatowej i chciałabym się podzielić z Wami moimi przemyślenie po pierwszym tygodniu. Tak miała się ten wpis zacząć, po tygodniu a tu jednak minęło prawie pół roku  od mojego powrotu. Kolejny dowód na to, że czas nie jest moim sprzymierzeńcem, a może jednak ja nie jestem jego sprzymierzeńcem. Część wpisu powstało po tygodniu, część po miesiąc, a reszta teraz. W związku z tym, że zawsze szukam pozytywnych stront w życiu, wpis ten będzie się odnosił do ewaluacji jaka zaszła u mnie przez te parę miesięcy.

WIELKI POWRÓT

Przygotowanie rozpoczęłam już w niedzielne popołudnie, w związku z tym, że rano muszę bezszelestnie wyjść z domu jak pozostali domownicy śpią smacznie. Tak więc: strój wybrany i naszykowany, biała herbata z płatkami róż, kawa Inka, śniadanie, II śniadanie i obiad zapakowane w pojemniczki i gotowe do zabrania z samego rana z pół otwartymi oczami.

Poniedziałek 6:00, ciemno na dworze i nagle coś wyrywa mnie z błogiego snu, lekko się przestraszyłam ponieważ od dawna nie budził mnie dzwonek w telefonie. Później nastąpiło otrzeźwienie przecież to mój pierwszy dzień w pracy po 14 miesiącach nieobecności. W związku  z tym, że mam złote dziecko, które nie wstaje wcześniej niż o 7:30, a i do 9:30 czasami jej się zdarza, godzina 6:00 jest dla mnie zabójcza. Tak więc cichutko, żeby nikogo nie obudzić zwlekłam się z łóżka. Nie wiem jak to możliwe, że  w reklamach Mamy nawet jak wstają o 6:00 to z promiennym uśmiechem na twarzy, w pełnym makijażu i wskakują w zwiewną sukienkę, przecież w dresach nie będą chodziły. Nawet cała garść tych magicznych tabletek, co to je reklamują nie zmusiłyby mnie żebym o tak nie ludzie porze uśmiechała się pełną gębą. Kiedyś koleżanka mi powiedziała: jak się wyśpisz to jesteś strasznie wredna – i coś w tym jest…. tak więc proszę do mnie nie dzwonić o 6:00, nawet jak by się blok palił.

Wracając do mojej wyprawy do pracy o 6:40 byłam zwarta i gotowa na nowe wyzwania. Wszystkie rzeczy przygotowane w niedzielny wieczór zapakowałam w Marty torbę, co by mnie wspierała na duchu i rześko wyruszyłam w drogę. To co widzicie w tle to nie obiektyw, aż taka nieprzytomna  rano nie jestem, żeby zamiast jedzenia zapakować obiektyw do pracy :). Po prostu mam taki piękny kubek na poranną kawę.

Dzień przywitał mnie deszczowo – myślę znak – to niebiosa płaczą nade mną, Matką Polką która zostawia swoje dziecię i pędzi do pracy…

 

MIESIĄC PÓŹNIEJ

Tekst miałam napisać po tygodniu pracy, jednak stwierdziłam że jest to czas znacznie za krótki. Mój okres adaptacyjny przebiegał chyba dłużej niż u małej P.  Ona już po dwóch tygodniach z chęcią zostawiała nas pod drzwiami i na rękach Pani ze żłobka maszerowała do innych dzieci. A może to tylko wytłumaczenie mojego opóźnienia?

Pierwsze miesiące przebiegły szybko i bez bólu. Miałam poczucie, że wyszłam w piątek z pracy, a wróciłam w poniedziałek. A dlaczego tak było, a no pewnie dlatego że wykorzystywałam zaległy urlop, więc w pracy byłam trzy dni, a nie pięć – pracowałam coś pomiędzy 1/2 a 3/4 etatu 🙂  Miałam czas na zdjęcia i na pracę i nie odczułam strasznych zmian w sowim życiu. Oczywiście wolałabym ten urlop wykorzystać w cieplejszą porę roku, no ale zostałam poniekąd do tego zmuszoną, dzięki temu powrót do pracy nie był drastycznym wyrwaniem z czasu bez telefonów, deadlinów, projektów i prezentacji.

Młoda P. żłobek znosiła bardzo dobrze, aż do grudnia – jak to zaczęła chorować i tak prawie cały grudzień spędziła w domu. Poza tym  bardzo fajnie się zaaklimatyzowała 🙂 Z pewnością lepiej ode mnie, rano do żłoba zawozi ją mój szanowny małżonek. Jednak zdarzały się takie dni, że ja też ją odwoziłam i wtedy serce mi się krajało, jak ona taka biedna, mała tam siedzi z tymi obcymi ludźmi… jaka to wredna matka ze mnie jest i ją zostawiam zamiast się dzieckiem zająć. I jeszcze te inny mamy z wózkami na spacerze, echh… każda z nas to zna. Z całą pewnością odbieranie jej jest o wiele przyjemniejszym zajęciem.

KOLEJNY MIESIĄC

No i tak minął kolejny okres kiedy to tekst powinien iść do publikacji. Co jednoznacznie mogę stwierdzić: jestem mistrzem prokrastynacji – nowe modne słowo, żeby nie mówić, że jestem po prostu leniem. Jak macie też z tym problem poczytajcie rady u Pani Swojego Czasu, może Wam pomogą, bo ja jestem na etapie czytania 🙂

Nastąpił ten czas kiedy urlop się wykończył i zaczęłam pracować jak przystało na porządnego pracownika – 5 dni w tygodniu. Nie jest wcale tak źle, i jeszcze daję radę wstawać w piątek. Dzięki wielkiej przychylności szefowej pracuję w godzinach 7-15 i dzięki temu już przed 16 jestem z młodą P. w domu.  Niestety jakoś czas po południu  przy 5 dniowym tygodniu pracy jakby się skurczył i teraz mam kolejny okres adaptacji, tak więc jeszcze do Was wrócę z tym tematem i napiszę jak się zmieniło moje podejście do pracy, czy jest tak samo, czy może inaczej, czy lepiej czy gorzej, o chorobach i o pracy w domu…

Kawa z kubka z naszym logo stawia mnie na nogi 🙂 A jakie zdjęcie na pulpicie może mieć Matka Polki?

Dorota DDF (Matka Polki)
 
IMAG0078

Komentarz